Słów parę o HI-END i o dwóch różnych interpretacjach i filozofiach brzmienia

poradnik|BLOG

O HI-END

HI-END wielu melomanom i audiofilom kojarzy się źle. Gdy słyszą to słowo, mają przed oczami kłucących się szaleńców o to, co hi-endem jest a co nie. Najczęściej hajendem nie jest oczywiście sprzęt adwersarza. Dlaczego? A to cena za niska, a to bas nie taki, a to góra za mało subtelna. I nie ma znaczenia, że komuś właśnie taka konfiguracja i takie brzmienie się podoba. 

 

Zostawmy zatem ortodoksyjnych wyznawców HI-END i spróbujmy sami wyznaczyć granicę tego pojęcia. Ja proponuję: 

 

HI-END jest wówczas, gdy jesteś zachwycony.

 

Według mnie jest proste i uczciwe. Nikogo i niczego nie deprecjonuje ale też i nie wynosi na piedestał bez podstaw. 

HI-END wcale nie musi być poszukiwaniem brzmienia naturalnego, wiernego. Ma być czymś co nas wciągnie i sprawi, że... zapomnimy się, damy się ponieść tracąc poczucie czasu (a nie tracąc czas).

 


 

O filozofii brzmienia. W zasadzie o dwóch.

 

W jakim celu napisałem ten wstępniak? Już wyjaśniam. 

Niedawno do swojej prywatnej kolekcji nabyłem dwa wzmacniacze. Oba lampowe. Oba od tego samego producenta. Jeden drogi a drugi ... o połowę tańszy :) Oba, to ręczna robota, limitowane edycje i takie tam. 

Pierwsze urządzenie to PP na lampach 6L6 - znawcy wiedzą o co chodzi (och! jak lubię to sformułowanie w aukcjach internetowych! ZNAWCY WIEDZĄ O CO CHODZI - pycha!, ja jednak wylinkuję wyjaśnienia tych terminów). Wzmacniacz po włączeniu zaoferował dźwięk wręcz koncertowy. Rozmach, dynamika, namacalność - jednym słowem, prywatny HI-END. Super, tylko że odkrycie żadne. Z podobnym dźwiękiem już miałem styczność wcześniej, choć nigdy nie byłem jego właścicielem. Wiedziałem tylko, że kiedyś sobie takie brzmienie sprawię i oto ten fakt właśnie nastąpił. To trochę jak z samochodem, który się nam podoba, ale znacznie wykracza poza nasze możliwości finansowe. Odwiedzamy salony i udając zamożniejszych niż jesteśmy, odbywamy nimi jazdy próbne marząc, że może kiedyś... Aż wreszcie nadchodzi ten dzień i oto stoi w garażu. Uśmiech jest, fun jest, miny sąsiadów również odpowiednie, ale auto jeździ w oczekiwany sposób. Wyposażenie ma takie, jakie widzieliśmy w aucie demo. Tyle, że od dziś jest nasz. Fajnie. Ale tylko tyle. 

Po jakimś tygodniu, przyjechał drugi wzmacniacz. Mniejszy, z racji użycia innego typu lamp (DLA ZNAFCÓW! jest to SE na lampach 6V6 :) ale wykonany w jeszcze bardziej limitowanej wersji niż poprzednik, ponieważ powstały tylko 3 sztuki tych wzmacniaczy i więcej już nie powstanie (dostępnych było tylko 6 takich transformatorów głośnikowych).

Wpiąłem maluszka do prądu i.... Stało się. Pomimo całego mojego dotychczasowego doświadczenia i osłuchania, kapcie mi spadły. Czegoś takiego jeszcze nie słyszałem. Dźwięk wcale nie był koncertowy. Nie miał rozmachu (!) za to miał cos takiego, co spowodowało, że na czas trwania utworu - zawiesiłem się. Poczułem tylko moment, w którym moja broda uderzyła o kolana. I tam została. Zatkało mnie. KOMPLETNIE INNA PREZENTACJA! Płyta ta sama, ale jakże odmienna! Przede wszystkim WOKAL. Wspaniały! Obecny! Namacalny jak nigdy dotąd! Reszta stała się tylko tłem. Nieodległym, ale zdecydowanie mniej zaakcentowanym niż w PP. Pierwszy wzmacniacz niczego nie faworyzował - wykonywał swoją pracę wzorowo, ale sam musiałem wyłapać to, co najfajniejsze. Ten SE zachował się kompletnie odmiennie. Zupełnie tak, jakby chciał powiedzieć, "a zobacz jak to potrafię zagrać". I odgrywał. Brak słów. Oczarował mnie. Jeden takt i już wiedziałem, że zostanie u mnie "do dni mych ostatnich", mimo, że w skali "audiofilskiej" czy "HI-ENDowej" znalazłby się... - poza skalą?

Wrzuciłem muzykę na pauzę, chwyciłem słuchawki (Sennheiser HD-600), skręciłem naprędce wtyki (musiałem się wpiąć w wyjście na kolumny, bo wzmacniacz oryginalnie oczywiście nie ma gniazda słuchawkowego) i... ponowny zachwyt. CISZA! Wręcz nieprawdopodobna jak na lampowca! Żadnego brumienia i szumu. Ufff. A zatem będzie miał dodatkowe zadanie - będzie wzmacniaczem słuchawkowym. Jednym z najlepszych zresztą, jakie w życiu słyszałem. 

 

HI-END jest wówczas, gdy jesteś zachwycony.

 

 

Ja jestem. Mimo wydania tylko połowy kwoty.